niedziela, 5 kwietnia 2009

Nareszcie kupiłam zegar .

Ale nie jakiś tam elektroniczny cyber-gadżet, zsynchronizowany z satelitą i odmierzający promile sekund. Prawdziwy zegar na sprężynę. Z dzwonkiem o mocy wskrzeszania umarłych i fosforyzującą tarczą. Z czterema pokrętłami, które zawsze się mylą przy użyciu (bo takie jest właśnie ich przeznaczenie zgodnie z Prawem Murphy'ego).
Nakręcam. Tykanie.
Moje mieszkanie oddycha miarowo po latach nocnego bezdechu. A mnie zaczynają przychodzić do głowy stare historie.
Z czasów gdy godzina miała jeszcze sześćdziesiąt minut, a doba dwadzieścia cztery godziny. A zresztą... Nikt wtedy czasu nie liczył ;-)

Brak komentarzy: