poniedziałek, 23 lutego 2009

przystanek "dom"

Podobno w Nowym Jorku jest taki salon pięknosci, gdzie można uciąc sobie drzemkę w przerwie na lancz. Dwanascie dolarow za dwadziescia minut snu. Zwyczajnośc staje sie rzadkim, godnym pożądania rarytasem.

Świat chyba zwariował! Ale cóż, widac takie czasy.

A ja codziennie zakradam sie pod sobie wiadomy adres. Wczesnym popołudniem wspinam sie na trzecie pietro i zadyszką otwieram drzwi pewnego mieszkania. Zamykam je za soba i znikam dla swiata...
A tam zupa prosto z garnka. Ze smietaną. Nad stołem portret przodka, patrona do-syta-jedzących. Po obiedzie herbatka i sodycz jakas, dla duszy.Troche polityki i rodzinnych wspomnień, a i powieki przymknąc można na chwilę, w razie nagłej potrzeby.

I godzina życia - uratowana.
Ale o tym nikomu ani słowa!
Nie jest na sprzedaż ;)

Brak komentarzy: